Jan
28

Anna Marchewka: Moje opowiadania

Wybrałam kilka opowiadań, bo przecież przez lata czytania i zmian, którym trzeba podlegać, różne i z różnych powodów były dla mnie ważne. Kilka z tych ważnych kiedyś pozostało ważnymi do dzisiaj. Gdzieś na początku samodzielnych przygód czytelniczych (czyli na początku podstawówki) trafiłam na „Zrękowiny księżniczki” Anny Lisowskiej-Niepokólczyckiej. Właściwie: dostałam – tak, jak dostawałam inne książki, po prostu; szybko okazało się, że jest dla mnie wyjątkowa. Pewnie dlatego, że imponowała mi postać Świętosławy, księżniczki (zapomniana córka Mieszka I, nieznana siostra Bolesława Chrobrego), która od ślęczenia nad igłą i słodkich śpiewów wolała ganianie po lesie, odmawiała zachowywania się „jak dziewczynka”, miała zawsze potargane włosy i w nosie lamenty nad jej przyszłością. Świętosława, wydana za Eryka Zawżdy Zwycięskiego, stała się najpotężniejszą władczynią Północy, albowiem tam takie dziewczęta nie wydawały się wybrykiem natury – jeśli nie ona miałaby być idolką, to kto? Lisowska-Niepokólczycka pokazała mi w tym opowiadaniu (pierwszy raz tak wyraźnie), że zasady zachowania dziewcząt i chłopców są umowne oraz potwierdziła, że nie ma nic nienormalnego w tym, że te obowiązujące w moim świecie mocno mnie uwierają. Oraz że (niestety) model lokalny nie toleruje Świętosław i musi się ich pozbywać (w tym wypadku wydając za mąż, co akurat było najmniej interesującą częścią całej historii). Tak oto odebrałam pierwszą lekcję z zakresu gender studies. Do „Zrękowin” wracałam jako starszy już człowiek myśląc o tym, z czego się budowałam lub czym sobie tłumaczyłam siebie i to, co wokół mnie. Czyli – z jakich książek się wzięłam.

W tym samym czasie zaczytywałam „Biłka” Jarosława Iwaszkiewicza. Mała książeczka w miękkiej oprawie („Zrękowiny” były duże, ciężkie, z kolorowymi ilustracjami na kredowym papierze) błąkała się po domu, a ja czytałam ją nie wiedząc dokładnie, dlaczego to robię. Bolesny ścisk w klatce piersiowej zmuszał mnie do powrotu pod stolik telewizyjny (z jakichś powodów „Biłek” trafiał do tej szuflady, a „Zrękowiny” lądowały za wersalką; wtedy czytanie odbywało się w trybie wielokrotnym, a książki najcenniejsze ukrywałam poza biblioteczką). Ten ból i płacz z głową schowaną pod mebelkiem z wiśniowego drzewa był silniejszy niż wstyd przed okazywaniem słabości.

Na „Pajaca” Tomasza Manna trafiłam na początku poważnego nastolęctwa i jako piętnastoletni człowiek byłam przekonana, że nic już nie muszę czytać, bo w tym krótkim tekście jest wszystko. Rzecz jasna, prawem obowiązującego wówczas narcyzmu, owo „wszystko” oznaczało również „wszystko o mnie”. Od pierwszego, doskonałego zdania, w którym padały kluczowe słowa takie jak „wstręt”, przez fragmenty poświęcone czytaniu, śmieszności, osamotnieniu i poczuciu spełnienia w klęsce. Jedyna nadzieja w dystansie, chłodzie i obojętności. Ha!

„Jej pierwszy bal” Katherine Mansfield to doskonały, drobny tekst, który waży więcej niż niejedna biblioteka. Nie da się uchylić od ciężaru historii Leili: świat się kończy, zanim na dobre się zacznie. Nie da się z pamięci wyrzucić tego eleganckiego, wytwornego nawet tekstu. Albo – nie chciałam tego zrobić.

„Chiński homar” A.S. Byatt (z „Opowiadań z Matisse’em w tle”) to kolejna drobina, w której znowu „jest wszystko”: o wstydzie, sztuce, tworzeniu (i tworzywie), o sile przejawianej w samozniszczeniu, o nieoczywistości choroby, piętnowaniu szaleństwem, i o tym, jak trudno ustalić, co naprawdę się wydarzyło, bo wygrywa język silniejszego. To chyba najważniejsze dla mnie opowiadanie (choć kolejność jest chronologiczna, nie hierarchiczna), które rzuca wyzwanie porządkowi i poczuciu bezpieczeństwa.

Od jesieni zaś jestem pod wielkim wpływem Ilse Aichinger – zbiór jej tekstów (wiersze, opowiadania, słuchowiska) „Mój zielony osioł” ukazał się we wrześniu 2013 roku. Trudno wybrać jeden tekst – niech będą dwa: „Księżycowa historia” i „Lustrzana historia”. To dopiero odwaga i siła!