Feb
05

Agnieszka Drotkiewicz: Moje opowiadanie

Bardzo lubię mieszkać w czyichś mieszkaniach, próbować przymierzać się do czyjegoś życia. A przy okazji do czyjejś biblioteki. W ten sposób trafiłam na tom opowiadań „Magia” Sándora Máraiego. Pokochałam tę książkę bardzo mocno, kupiłam sobie swój egzemplarz i przez długi czas trzymałam ją w łóżku (nie przy łóżku, ale właśnie w środku, obok poduszki). Zachwyciła mnie ekonomia słowa autora – to książka, w której język jest bardzo ważny nie tylko, czy też nie tyle dlatego, że jest piękny, ale dlatego że jest tak komunikatywny, tak pełen znaczeń. Jest piękny – a piękno to wynika z genialnej kondensacji – jedno zdanie zawiera tyle sensów, ile nieraz mieści się w całej książce. Ten język jest gęsty, jest pożywny. Karmi nas sensem, i pozostawia na języku smak, którego do tej pory nie znaliśmy.

Jednym z najważniejszych dla mnie opowiadań z tego tomu jest „Morze”. To także jedno z najpiękniejszych opowiadań, jakie czytałam w życiu. Opowiada ono o mężczyźnie przygniecionym pracą („Rozmiary po prostu przestały istnieć, rozpłynęły się w nieskończoności. Wówczas, jak rozbitek masztu, zaczął kurczowo chwytać się szczegółów. Wiedział, że w tej pracy nie osiągnie celu; to praca porwie go ze sobą i będzie go nieść, póki mu starczy sił, a potem zatopi.”) Pewnego dnia postanowił poznać świat istniejący poza celą, w której pracował. „O morzu wiedział tylko tyle, że w jednej jego kropli, dokładnie w takiej samej proporcji, jak w ludzkiej łzie, miesza się sól i woda.” Próbował sam odtworzyć smak morza, mieszając wodę z solą, jednak bez powodzenia. Pojechał więc do morskiego uzdrowiska, ale bardzo bał się rozczarowania morzem („Co będzie – myślał – jeśli jest głupie? Jeśli nie ma żadnego sensu?”). W końcu rozpłakał się i, czując smak własnej łzy, pomyślał: „Tak, to może być coś takiego (…) takie huczące, komercyjne, płodne i nieproporcjonalne. Można się w nim kąpać i łowić ryby. Łączy kontynenty. Jest bardzo pożyteczne”.

/fot. Michał Korta/