Feb
03

Andrzej Franaszek: Moje opowiadanie

Literatura jest spotkaniem. Głęboko wierzę, iż spotkaniem i z samym sobą, i z drugim człowiekiem, a nie jedynie z duchem języka czy formułą gramatyczną, konstrukcyjnym pomysłem, niespodziewanym przekształceniem motywu… Instynktowny, głęboki, pełen emocji, mówiąc precyzyjniej: wściekłości, sprzeciw budzi się we mnie, gdy czytam utwory, które z założenia chcą być tylko grą, równaniem, gdy słyszę, jak ktoś zastanawia się nad układem rymów w – powiedzmy – „Do Not Go Gentle into that Good Night” Dylana Thomasa, a prześlepia zupełnie gwałtowność protestu tego wiersza, najbardziej osobisty ton, choćby nawet miał on dotyczyć kwestii tak do bólu już nam znanej, jak umieranie.

Wierzę zatem, że czytamy, by zrozumieć drugiego człowieka, chociaż próbować współodczuć z jego troskami, nieporadnością, borykaniem. I po to, by odczytać samego siebie. I jeszcze po to, by jeśli nie wy-pisać się, to chociaż wy-czytać się z rozpaczy.

Zdarzają się takie głębokie spotkania. Ile już razy odnalazłem własne niepokoje, radości i bóle w wierszach Czesława Miłosza – nawet jeśli moje uczucia były gorsze, pomniejszone, tchórzliwsze może, a już na pewno gorzej wypowiedziane niż uczucia autora tamtych wierszy. I jak wiele razy czytałem „Panny z Wilka” Jarosława Iwaszkiewicza, pod różnymi, zmiennymi układami gwiazd, gwałtownymi konstelacjami.

Dlaczego? Z powodu tak głęboko melancholijnego tonu, tej szarpaniny, jaka zagarnia Wiktora? Wiedzy, iż życie nieuchronnie przesypuje się nam między palcami, kruszeje w pordzewiałe strzępy? Tej obsesyjnej potrzeby powrotu, dopytywania o brzmienie zdania usłyszanego przed wieloma latami? Dławiącej wiary, iż drogi w przyszłość są zamurowane? Frapującego, zamkniętego w sobie, samowystarczalnego kobiecego świata? Nie do końca wiem, nie chcę wiedzieć może. Wiem z pewnością, że czytanie tego opowiadania splotło się we mnie z oglądaniem genialnej adaptacji Andrzeja Wajdy, z muzyką Szymanowskiego, z twarzą starego Iwaszkiewicza i piękną twarzą Olbrychskiego, z zachwycającą urodą Tuni – jeune fille en fleurs. Ze wspaniałym promem, łodzią Charona mozolnie płynącą pod prąd czasu.

Wiem także, że długo czytałem to opowiadanie z poczuciem buntu – niemożnością przyjęcia decyzji Wiktora, z myślą, iż mówi ono o niemożności uczuć, o tym – jak powiedziałby Bułhakow – najgorszym grzechu, grzechu tchórzostwa. Teraz wierzę, że jest to opowieść o stanięciu w prawdzie. O odnalezieniu, zrozumieniu mechaniki własnego losu. Przyjęciu go do końca.

Andrzej Franaszek