Mar
04

Paweł Dunin-Wąsowicz: Moje opowiadania

W ogóle to wolę opowiadania od powieści. Powieść zakłada, moim zdaniem, ambicję wyczerpania tematu, jakąś obiektywizację, opowiadanie jest szczersze, opierać się może na jednym wybranym motywie. Moja wyliczanka ulubionych opowiadań byłaby nieskończona, znaleźliby się w niej pisarze od Bolesława Prusa, Brunona Schulza, Marka Hłaskę, Marka Nowakowskiego, Marię Dąbrowską, Olgę Tokarczuk, Pawła Huelle, Stanisława Lema, Marka Huberatha po Isaaca Bashevisa Singera, Philipa K. Dicka, Bernarda Malamuda, Heinricha Bölla… Ale ich opowiadania są tak świetnie znane, że wolałbym przywołać parę mniej znanych tekstów – choć niekoniecznie nieznanych pisarzy. W jakiś sposób każdy z nich mnie jakoś dotyczy. (Powinienem napisać jeszcze o jednym ale tego nie robię).

W czasach licealnych wielkie ośmielenie do pisania dał mi i moim ówczesnym znajomym Sławomir Mrożek właśnie jako twórca absurdalnych opowiadań. Dziś największy sentyment mam do Tła epoki z tomu Słoń (1957). Opiera się ono właściwie na samym koncepcie, wokół którego prawie nic nie ma – do znudzonego lokatora dawnego pomieszczenia nieistniejącej redakcji jakiegoś czasopisma przychodzi staruszek z krzyżówką sprzed kilkudziesięciu lat.

Kiedy studiowałem, kolega pokazał mi zbiór Na sto czterdziestym kilometrze w lewo Krzysztofa Kąkolewskiego (1978), znanego głównie jako reportażysta. Rozpoczyna się opowiadaniami jednostronicowymi, potem idą dłuższe. Ale kto przeczytał te najkrótsze Myślcie o Stachu czy Lekcję, to raczej ich nie zapomni, bo w rekordowo najskromniejszej formie uświadamiają ulotność życia.

Kiedy sam napisałem i wydałem sobie powieściątko, w jednej z recenzji w mało ważnym miesięczniku ktoś przyrównał kreowany przeze mnie świat do literatury Piotra Wojciechowskiego. Zacząłem czytać jego książki i sam przestałem pisać. Jego uniwersum można znaleźć w skondensowanej formie w opowiadaniu Izostazja z tomu Ulewa, kometa, świński targ (1974). Podobnie jak w powieściach Wysokie pokoje, Czaszka w czaszce czy Obraz napowietrzny jest niejako alternatywny wobec naszego (choć nie jest historią alternatywną, bo nie jest powiedziane kiedy i gdzie nastąpił rozjazd), to Europa Środkowa, może i Polska z operetkową monarchią, realnymi i zmyślonymi miejscami wymieszanymi niczym ścięta jajecznica i prawdziwymi bardzo postaciami. Takimi jak Liliana z Izostazji, która swoim tragicznym gestem precyzyjnie powtarza czołówkę z bulwarowej gazety.

Kiedy „Iskra Boża”, gdzie publikowałem na ksero tylko osobistych znajomych, przeradzała się w drukowaną „Lampę (i Iskrę Bożą)”, z wydawanego w Puławach artzina wyłowiłem opowiadanie Mezalia Marka Sieprawskiego o przykrym, choć pozbawionym istotnych skutków zdarzeniu z łódką-zabawką. Wyolbrzymienie jej zatonięcia w dziecięcych emocjach okazało się tak sugestywne, że po 20 latach Paweł Althamer i Jacek Taszakowski zrealizowali na jego podstawie film animowany. A ja zacząłem drukować Marka, najpierw opowiadania, potem książki – jego Mokra zmiana (1995) była pierwszą „prawdziwą” publikacją prozatorską mojego wydawnictwa, na okładkę której pozyskałem obrazek od samego Marka Raczkowskiego. I do opowiadań Marka z lat 90., takich jak Mojo, Twist czy Fotografia (każde o niezrozumieniu między ludźmi, młodymi) czuję ciągle wielki pociąg. Może przez to, że sam wklepywałem je w komputer z rękopisów przesyłanych jeszcze tradycyjną pocztą.

Kiedy już wydawałem „Lampę” jako miesięcznik (drukując w niej obok Sieprawskiego także prozy starszych panów – Kąkolewskiego i Wojciechowskiego), ze szczególną pasją zwalczałem pisarstwo popularnego w gatunku fantastyki rozrywkowej Andrzeja Pilipiuka. Nie znoszę jego bezbarwnego języka, wściekają mnie stereotypowe postacie w większości jego twórczości. Ale jednocześnie mniej więcej co dziesiąte opowiadanie opiera się na kapitalnym koncepcie. Tak jest na przykład w tytułowym tekście ze zbioru Aparatus (2012), gdzie narrator biedzi się nad rozwiązaniem tajemnicy urządzenia kupionego na targu staroci (nie zdradzę rozwiązania zagadki!). W końcu wydawca Pilipiuka poprosił mnie o napisanie paru zdań na okładkę kolejnego jego zbioru opowiadań, ja znalazłem na to formułę – i nie mam się czego wstydzić, finałowa w nim nowelka mimo drażniącej stylistyki swoim konceptem zaspokoiła moje oczekiwania.

Ale na pewno nie ma jednej recepty na opowiadanie. Tylko fikcja jest prawdziwa – zwykł mawiać pan Piotr Wojciechowski.

Paweł Dunin-Wąsowicz – 3 03 2014
fot by eloy