Apr
07

O MFO w “Znaku”

W najnowszym “Znaku” Anna Marchewka w artykule “O czym mówimy, kiedy mówimy o debiucie” pisze między innymi o MFO, antologii “Nowe marzy”, naszej pracy z debiutantami, ale również o Wioletcie Grzegorzewskiej i Weronice Murek. Bardzo bardzo polecamy!
Fragment tekstu:

Anna Marchewka, “Znak”, kwiecień 2015, nr 719
Piszący / piszące i czytający / czytające należą czasem do przeciwnych nawet obozów. Osoby z pierwszej grupy przez ufizycznienie marzenia chcą nabyć bilet wstępu do grona twórców literatury (mistrzów, autorytetów, gwiazd), zdobyć rozgłos, rozpoznawalność, a może nawet i pieniądze. Czytelnicy i czytelniczki zaś czekają na kogoś wyjątkowego, kto odmieni ich świat, kto sprawi, że poczują się zupełnie inaczej niż do tej pory, kto zaskoczy ich tak, jak nigdy jeszcze nie zostali zaskoczeni. Nie można zapominać o marzeniach wydawców, którzy podejmują wysokie ryzyko, inwestując w książkę kogoś zupełnie nieznanego, osoby z nikim i niczym niekojarzonej. W kampaniach promocyjnych wytaczają więc zwykle potężne działa biograficzne, pisarz / pisarka musi (nie mając specjalnego wyboru) wziąć udział w tej dyskusyjnej grze, jaką jest budowanie i sprzedaż wizerunku. Kto nie od razu złapie jej zasady, może mieć kłopoty; są jednak i tacy, którzy od początku wiedzieli, że praca pisarza / pisarki nie polega tylko na tworzeniu tekstu, ale wiąże się też z autopromocją, „dawaniem” twarzy, aktywnością w przestrzeni medialnej, a nawet generalnymi zmianami w garderobie i trwałymi sojuszami z osobami zajmującymi się stylizacją – rzecz jasna, wizerunku, bo przecież nie językową; bowiem w prasie, telewizji i przestrzeni internetowej ważne jest przede wszystkim, jak kto wygląda. Lekceważenie sposobu, w jaki autor / autorka zostanie przedstawiony / przedstawiona w materiałach prasowych, w wywiadach udzielanych pismom lifestyle’owym (bo tych literackich zostało zbyt mało i trafiają do nielicznej grupy, która nie ma szans głosować zawartością swoich portfeli), to lekkomyślność, na jaką mało kto może sobie pozwolić (nie, „prawdziwa sztuka” nie „obroni się sama”). Pisarze i pisarki muszą być też celebrytami, inaczej bowiem ich szanse na sukces (komercyjny i prestiżowy) są niewielkie. Pisarze i pisarki in spe powinni brać udział w zajęciach przygotowujących do budowania własnej marki; na kursach kreatywnego pisania czy studiach literackich zapewne wkrótce ta potrzeba zostanie zauważona.

A co z czytelnikami i czytelniczkami? Jak mają przygotować się do rynkowej gry, jak i gdzie uczyć odróżniać reklamę od tekstu krytycznego czy recenzji? Jak ostrożnie obracać w dłoniach czepliwe autobiograficzne prasowe wtręty, jak nie dać się ogłuszyć marketingowemu zgiełkowi? To przecież zawody: kto szybciej i mocniej uderzy w uznany za najciekawszy stół, kto zrobi większe wrażenie: wiekiem, tematem, językiem, szokującą przeszłością. „Tego jeszcze nie było” – podobno nie można inaczej wymusić uwagi. Boleśnie doświadczają tego nawet środowiskowe wygi. W głośnym artykule opublikowanym w ubiegłym roku na łamach „Tygodnika Powszechnego” (35/2014) Paweł Potoroczyn ponarzekał na rozbieżność między oczekiwaniami, jakie debiutant ma (lub może mieć), a dotkliwą (jego zdaniem) rzeczywistością. Dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza wydał w 2013 r. debiutancką powieść Ludzka rzecz (Wydawnictwo W.A.B.). Książka została zauważona, zrecenzowana i nominowana do najważniejszych krajowych nagród literackich. Apetyt autora nie został jednak zaspokojony. W obszernym i szeroko komentowanym tekście tygodnikowym Potoroczyn stawia sprawę jasno: „Jak nie zdobyć sławy, pieniędzy i powodzenia u kobiet? Pisząc”. Czyli martwić muszą się tylko heteroseksualni mężczyźni i homoseksualne kobiety; reszta po udanym debiucie literackim może liczyć nie tylko na wewnętrzną satysfakcję, ale i dobrobyt. Potoroczyn bardziej wdzięczy się, niż naprawdę narzeka, ponieważ nie bardzo ma na co (choć można podejrzewać, że apetyt na owe pieniądze, kobiety czy sławę jest trudny do zaspokojenia). Paweł Potoroczyn, dobrze osadzony w środowisku „młody pisarz”, wyznał wiarę w debiut jako wyjście w świat, początek kariery, dołączenie do klubu Wielkich Pisarzy. Cóż, można poczuć niedosyt, gdy motorem działań jest pragnienie bycia takim jak Fiodor Dostojewski, Joseph Conrad, Tomasz Mann czy Milan Kundera. Tak jak Bal Debiutantek oznacza wprowadzenie w tzw. dobre towarzystwo, początek kariery w wyższych sferach, tak książkowy debiut ma być początkiem drogi do świata określonej kanonicznej wielkości (z zaznaczeniem, że chodzi o ten jeden „właściwy” kanon). Takie ujęcie sprawy to prosty przepis na katastrofę.

Czekamy na debiut

Tyle wyznań pisarza. Któż by nie chciał żyć jak pączek w maśle! A wiadomo, że udaje się to zaledwie niektórym, i to zwykle nie tym, którzy marzą o znalezieniu się w towarzystwie Conrada. Kokosy zbijają mistrzowie i mistrzynie powieści gatunkowych, autorzy i autorki kryminałów oraz romansów. Jak żyć z takim poczuciem niesprawiedliwości, gdy „prawdziwa sztuka” nie wygrywa w rynkowych zawodach? Może i czasem jeden z drugim maruda wspomni o tym, że i porządny warsztat się liczy, że literatura popularna pełni różne funkcje i zaspokaja różne potrzeby, a pieklenie się w niczym nie pomaga – chyba że w budowaniu barier komunikacyjnych i uprzedzeń. Sukcesy twórców powieści gatunkowych wydają się zwyczajną koleją rzeczy. Potransformacyjna kultura polska długo leczyła rany po kolejnych wstydach: lata 90. napędzane były pragnieniem „wyrównania poziomu” i upodobnienia się do zachodnich, czyli lepszych, twórców, wzorców. W ten sposób, jakby za jednym machnięciem ręki, odrzucone zostały wypracowane tradycje i zerwana ciągłość artystyczna (awangarda również poszła w odstawkę, nie wytrzymując konkurencji w zestawieniu z rozrywką), abyśmy mogli nadrobić „wstydliwe” braki w przestrzeni popkultury. Nagle, ni stąd, ni zowąd, okazało się, że nowe obyczaje nie służą rozwijaniu i pielęgnowaniu różnorodności ani indywidualności. Palące potrzeby osiągnięcia niedostępnych przez całe dekady dóbr sprowadziły niebezpieczeństwa innego typu. Gdy już obłowiliśmy się w te wszystkie dżinsy, auta, kolorowe torby i napoje w plastikowych butelkach, poczuliśmy brak tego, co wcześniej uznaliśmy za mało wartościowe. Naśladownictwo jako strategia rynkowa przyniosło polskie wersje przygód Bridget Jones i polskie wersje czarnego kryminału, ale to wciąż jakby mało. Coraz wyraźniejsze były głosy domagające się „prawdziwej” literatury – tylko mało kto wiedział, czym ona naprawdę jest. Zwolennicy jasno określonej klasyki okopali się mocno i nie chcieli mieć nic wspólnego z powoli, acz nieuchronnie starzejącymi się łobuzami opromienianymi blaskiem „Lampy”. Środowiskowe podziały prawie uniemożliwiły wymianę informacji, za to sprzyjały kwaśnym minom i krzywym spojrzeniom.

Pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Przedruk za: http://www.miesiecznik.znak.com.pl/16255/o-czym-mowimy-kiedy-mowimy-o-debiucie