wrz.
20

Dwa spotkania z Alainem Mabanckou we Wrocławiu!


Alain Mabanckou

Tylko na tegorocznym Festiwalu Opowiadania aż dwa razy będzie można posłuchać Alaina Mabanckou, autora m.in. „Kielonka”, „Black bazar”, „African psycho”. Z pochodzącym z Konga pisarzem czytelnicy spotkają się najpierw 3.10.2015 (sobota) o godz. 16:30 (Galeria Dizajn BWA Wrocław, ul. Świdnicka 2-4, prowadzenie – dr Helena Duffy), a następnie w trakcie Prezentacji (ten sam dzień, od godz. 18:00), kiedy autor przeczyta swoje premierowe opowiadanie „Kogut samotnik” oraz fragmenty powieści “Zwierzenia jeżozwierza”.

BIOGRAM AUTORA

Fragment opowiadania „Kogut samotnik” w przekładzie Jacka Giszczaka

Mama Paulina urodziła się w Lubulu, tutaj spędziła dzieciństwo i młodość, a później przeniosła się do Pointe-Noire, gospodarczej stolicy kraju, w której dorastałem.
Gdy myślę o tej wiosce, znów widzę siebie jako małego chłopca. Chodzę w plastikowych sandałach. Mam na sobie białą koszulę z krótkimi rękawami i beżowe majtki, wytarte na brzegach. Idę sam pośród traw albo próbuję łapać pstrokate motyle. Gdy się za nimi uganiam, coraz bardziej zbliżam się do buszu. Czasem odczuwam lęk, gdy grupa ptaków zrywa się do lotu, bo je wystraszyłem i pewnie biorą mnie za jednego z myśliwych z wioski. Maszeruję, nucąc jakąś piosenkę, której nauczyłem się w szkole. Sam nie wiem kiedy oddalam się od wioski i już kilka metrów przede mną zaczyna się busz. Zamiast zawrócić, chcę dalej iść tą ścieżką, żeby dotrzeć do rzeki, której szum już słyszę. Nagle przypominam sobie, co powtarzała mi zawsze mama Paulina, że dziecko nie powinno zapuszczać się samo do lasu, bo właśnie tam kryją się najdziwniejsze z dziwacznych stworzeń.
Toteż wracam, trochę zawiedziony. W drodze powrotnej biegnę z otwartymi ustami do chwili, gdy dostrzegam pierwsze chaty Lubulu. Zwalniam, by ludzie, których mijam, nie pomyśleli, że oddaliłem się zbytnio od wioski. Niestety wpadam na matkę, która z zasępioną miną czeka na mnie przed drzwiami chaty.
– Popatrz na swoje nogi! – wrzeszczy.
Spuszczam oczy. Nie wiedziałem, że jestem cały podrapany. Pragnienie, by samemu zagubić się w naturze, sprawiło, że zapomniałem o bólu z powodu tych skaleczeń, który teraz odczuwam.
Moja matka wchodzi do chaty i wraca z jakąś buteleczką:
– Usiądź na ziemi, posmaruję to.
Nie znam tego lekarstwa. Matka wie, że przerażają mnie dwie rzeczy: chlorochina, ponieważ jest gorzka; spirytus, bo piecze.
Pytam z rozpaczą w głosie:
– Czy to jest… spirytus?
Parska śmiechem:
– Nie, to tłuszcz z węża boa…