wrz.
14

Spotkanie z Kalinem Terzijskim w ramach MFO


Kalin Terzijski

Już drugiego października zapraszamy na organizowane w ramach 11. Międzynarodowego Festiwalu opowiadania spotkanie z Kalinem Terzijskim, bułgarskim prozaikiem, autorem, którego tom opowiadań „Има ли кой да ви обича” („Czy jest ktoś, kto cię kocha?”) został w 2011 r. wyróżniony nagrodą literacką Unii Europejskiej, a jego polska premiera w przekładzie Hanny Karpińskiej miała miejsce w Książkowych Klimatach latem 2015 roku.
 
 
 
2.10.2015 (piątek), godz. 17:30
SPOTKANIE Z KALINEM TERZIJSKIM
We współpracy z wydawnictwem Książkowe Klimaty
Galeria Dizajn BWA Wrocław, ul. Świdnicka 2-4

O książce (za stroną wydawnictwa):

Kalin Terzijski
„Czy jest ktoś, kto cię kocha?”
Outsiderzy, alkoholicy, wyłudzacze, kolekcjonerzy cudzych żyć, nieznośni sąsiedzi, niespełnieni kochankowie – to właśnie oni zaludniają rzeczywistość Kalina Terzijskiego. Obyczajowy obrazek sąsiaduje tu z przełamanym przekorną puentą symbolizmem, przed melancholią i powagą życia chronią zaś ironia i zgryźliwy humor.

Bohaterowie „Czy jest ktoś, kto cię kocha?” przypominają nas samych tak bardzo, że być może lektura jest tylko złudzeniem i to my sami odgrywamy w opowiadaniach sofijskiego pisarza główne role. Bo przecież „nie radzimy sobie szczególnie dobrze” i do złudzenia przypominamy Antona K., który mógłby bez trudu zamienić się miejscami z Kafkowskim Józefem, gdyby tylko sławniejszego K(olegę) wzięły w obroty i przemieliły tryby codzienności. Ale jest u Terzijskiego tęsknota za miłością, jej fizyczna wręcz potrzeba, która nawet w chwilach cynizmu przebija na wierzch i przynosi nadzieję.

SPACER PO PRZESTRZENI
Z NIEWIELKIMI DYGRESJAMI W CZASIE
(fragment)

A wczoraj… o, wczoraj byłem tak bardzo smutny, nieszczęśliwy i pełen rozpaczy, że włożyłem grubą granatową kurtkę i wyszedłem z domu. Na dworze padał deszcz, jakiego dawno nie widziałem. Siedmioletnie dzieci też nigdy nie widziały takiego deszczu, ale na nich to nie robi szczególnego wrażenia, bo nie mogą powiedzieć: taki deszcz nie padał z dziesięć lat, od lipca dziewięćdziesiątego piątego na przykład. Dla nich to jest normalny duży deszcz, bo kiedy deszcz jest duży, to pada właśnie tak, jak teraz. Dzieci rzadko się dziwią – mają w sobie jakąś prenatalną mądrość. A ja już widywałem duże deszcze, brodziłem po pas w błotnych strumieniach na pustkowiach zachodniej Bułgarii. Bywałem też bardzo nieszczęśliwy i pełen rozpaczy, dlatego teraz mogłem powiedzieć: tak pełen rozpaczy nie byłem od… nie pamiętam, odkąd.
Wyszedłem, spodziewając się, że deszcz mnie szybko zmoczy, obmyje i ochłodzi. Że ten lodowaty deszcz zamrozi mnie jak ciekły azot i że jak kosmonauta odbędę w stanie anabiozy samotny i przygnębiający lot przez rozpacz. Tak się jednak nie stało. Kobieta, będąca jedynym bliskim mi człowiekiem – jeśli nie liczyć rodziców, prawie stuletniej zdemenciałej babci, córki, bratanicy i ich denerwującej przyjaciółki, których zostawiłem w domu, a zostawiając, poczułem lekką ulgę – tak więc kobieta, z którą jedyną czułem się dobrze (mogłem leżeć na podłodze w jej domu, palić papierosa za papierosem, dolewać sobie alkoholu, patrzeć na padający deszcz i pleść trzy po trzy), była nieobecna. Albo nie odbierała telefonu. Wleczony przez mętne potoki, rwące ulicami, a i przez te, które kotłowały się w moim mózgu, szedłem w stronę jej domu. Próbowałem dzwonić co parę minut, mniej więcej co pół kilometra; apatyczne i smętne zawodzenie sygnału wlewało we mnie za każdym razem dodatkowe sto gramów goryczy, ale dzwoniłem nadal.
Nie powiedziałem jeszcze, z jakiego powodu byłem nieszczęśliwy i pełen rozpaczy, spodziewając się, że ten jedyny powód każdy zna. Tym jednak, którzy według mnie nie istnieją lub tylko udają, że istnieją, tym, którzy nie znają tego powodu, zdradzę go: byłem sam. Pozbawiony wszelkiej nadziei i sam. Albo dokładniej – sam i dlatego pozbawiony wszelkiej nadziei. Wszystko jedno. Wiedziałem, byłem pewien, że gdybym był człowiekiem mającym nadzieję, gdybym był kochany – gdziekolwiek i przez kogokolwiek – gdybym miał wspomnienia o dobrych rzeczach, przypominających mi dobrych ludzi, to nie byłbym sam nawet w małej tytanowej kapsule, zakopany na głębokości jednego kilometra pod lodami Antarktydy. Teraz jednak byłem wśród ludzi, zostawiłem dom przepełniony ludźmi, słyszałem klaksony i głosy wydawane przez ludzi, ale byłem sam. Myślałem sobie: nie ma większej samotności niż samotność człowieka odrzuconego. Myślałem sobie: nie ma większej samotności niż samotność człowieka trędowatego, który przemierza ożywione przed chwilą miasteczko, dzwoni ostrzegawczo swoim dzwonkiem, ludzie się chowają, drzwi się zatrzaskują, on zbiera wystawioną przed zaryglowane drzwi jałmużnę i wciąż dzwoniąc, odchodzi. Moja samotność była taka sama. Fale brunatnej wody zalewały mi stopy, woda spływała po brwiach, szedłem i zmierzałem donikąd – czyli tam, gdzie spodziewałem się znaleźć pociechę.