Sep
27

Problemski hotel / Dimitri Verhulst / Adriana Prodeus

Spotkanie z Dimitrim Verhulstem i projekcja filmu w niedzielę 8 października o 17:00, Galeria BWA Dizajn, ul. Świdnicka 2-4.

„Problemski hotel”

Czekanie na azyl to czyściec. Życie po życiu, którego się nie chciało i wolałoby się już być martwym niż pozorować normalność. Dimitri Verhulst spędził z uchodźcami ledwie parę dni jesienią 2001, tuż po ataku na WTC, gdy każdego imigranta spoza Europy otaczała aura podejrzeń. Ale w swojej książce nie ostrzega amerykańskim sloganem: „see something, say something”, mającym wtedy uchronić świat przed terrorystami. Za to powtarza mantrę mieszkańców ośrodka: „do nothing, say nothing” tak, aby stać się najbardziej przezroczystym jak to możliwe.
Wielu spośród nich z rozpaczy popełnia samobójstwo. Tym, którzy przetrwają, uda się tylko, jeśli zamieszkają we wspólnej bezdomności, gdzie trzeba płacić innym, żeby choć chwilę być samemu.
To poczucie zbydlęcenia udało się osiągnąć Verhulstowi w przejmujących monologach zaszczutych osób, opisach codziennych czynności, zapachu, smaku. W tym, że uchodźcy usiłują żyć jakby ich stan miał naprawdę zmienić się na lepsze. Nawet jeśli nigdy nie nastąpi. Oddają się więc samosterującym aktywnościom: szachom bez stawki, rozplątywaniu lampek choinkowych czy grze w karty bez zasad. Ćwiczeniom fizycznym, doraźnej czułości, wkuwaniu słówek potrzebnych w życiu, na jakie nigdy nie dostaną zgody. Albo udoskonalą się w metodach podrywu przyszłej żony, dzięki której dostaliby zezwolenie na pobyt w swoich snach. Które się nigdy nie wyśnią. Zamiast tego zostanie im przecięta na troje choinka, traumy z deportacji i wspaniale niepotrzebne umiejętności jak na przykład kręcenie samby bioderkami – małe hula-hop, które zawsze masz przy sobie, wystarczy je tylko wprawić w ruch, by zapomnieć się w tańcu.
Książka Verhulsta, opublikowana w 2003 okazała się prorocza – nie tylko zapowiadając kryzys uchodźczy w Europie, lecz także ukazując niepokój, nudę i niesprawiedliwość – loterię władz państwa, jakiej podlegają imigranci. Decyzja, kto z nich dostanie azyl, mogłaby równie dobrze być przedmiotem totolotka. Zresztą, z punktu widzenia uciekinierów, każde miejsce dokładnie tak samo nadaje się na dom jak pozostaje obce. Sala sądu, gabinet psychiatry, porodówka, sypialnia to funkcje tej samej pustej sali konferencyjnej w porzuconym biurowcu i tak właśnie zostały pokazane w filmie Manu Richie z 2015, nakręconym w opustoszałym banku.
Równie dobrze akcja filmu mogłaby toczyć się w Brukseli jak w innym wielkim europejskim mieście. Imigranci mówią ogromem języków, które i tak są tu nieprzydatne. A że każdy z nich zna też kilka innych, kluczowa jest funkcja tłumacza: z niderlandzkiego na angielski, z angielskiego na francuski, z francuskiego na rosyjski, z rosyjskiego na farsi i tak dalej. Bliski Wschód, Afryka, kraje byłego ZSRR mieszają się tu ze sobą rywalizując o miano tych, co mają najgorzej. Wobec wojen czy prześladowań czymże jest taka emigracja ekonomiczna? A jednak perspektywa bohatera, empatycznego wobec swoich współwięźniów daje poczucie, że wszyscy, niezależnie od wieku i sytuacji, z jakiej uciekli, tak samo stają na podium wyścigu tragedii. Jest wielką zasługą reżysera, że empatia widza rozkłada się tu na bohaterach po równo.
Ekranizacja jest bardzo daleka od książki Verhulsta, lecz wydobywa z niej najważniejszą warstwę: uniwersalizuje doświadczenie uchodźcze jako stan ducha współczesnych mieszkańców Europy, którzy niezależnie od tego, skąd pochodzą, przeżywają dziś absurd istnienia w jej zmierzchu, z pogrzebaną przeszłością i fantazją nadziei snującą się jak dym z rozżarzonych lęków.
Zasadniczą osią fabuły uczynił Richie romans między Lidią, piętnastoletnią dziewczyną z byłej republiki radzieckiej, a Bipulem, młodym mężczyzną mówiącym w siedmiu językach, lecz niepamiętającym, kim jest i skąd pochodzi (w książce poznajemy go jako Etiopczyka, który na widok rzezi swej rodziny w jednej chwili staje się fotografem wojennym, zdolnym nacisnąć spust migawki tak, by umierające dziecko jeszcze spojrzało w obiektyw). Proces wyłączenia uczuć, zamrożenia ich, charakterystyczny dla traumy, jest w „Problemskim Hotelu” powietrzem, jakim oddychają wszyscy, nie tylko imigranci, lecz także ich opiekunowie, pracownicy ośrodka. Bo jak inaczej można na co dzień obcować z czyśćcem? Na to pytanie ani autor, ani reżyser nie dają żadnej odpowiedzi.
Nawet kochankowie w„Problemskim hotelu” nie wierzą w swoją przyszłość jako pary, lecz tylko kryją się nawzajem w swoich ciałach jak w schronach przeczekując najgorsze chwile. Trudno wierzyć, by tu w ośrodku mogła się narodzić więź głębsza niż okresowa solidarność. Ważną postacią, niemal nieobecną na ekranie, jest Tomatski – ten, któremu udało się uciec i swoimi esemesami, wysyłanymi z kolejnych krajów, dodaje teraz otuchy kolegom zamkniętym w obietnicy azylu. Żylasty Igor ćwiczy jak opętany z nadzieją, że trafi do Legii Cudzoziemskiej, a z takim samym oddaniem Mahsun walczy, by sprzedać się jako mąż, który nie będzie kazał nosić burki, nie będzie bił, nalegał na więcej niż pięcioro dzieci i pomoże też przyszłej żonie wstawić naczynia do zmywarki. Brutalny humor, będący domeną książki Verhulsta, daje się odczuć też w filmie, choć wiele wątków zostało złagodzonych na potrzeby poprawnej jednak politycznie komedii.
Dokumentalne doświadczenie reżysera wyraźnie odciska się na świetnej obsadzie i inscenizacji. Melancholijna powtarzalność podkreślana jest muzyką Bartoka, jednym z jego etnograficznych kwartetów, zainspirowanych brzmieniem północnej Afryki. Jednak Richie dąży do tego, by jego film ostatecznie zyskał wymiar przypowieści bożonarodzeniowej, wprawdzie mocno surrealistycznej i absurdalnej, ale odmiennej od pierwowzoru. Splata luźne wątki powieści Verhulsta w spójny scenariusz z mocnym finałem, lecz z nieco inną wymową – nie tak drastyczną, nie tak zimną, nie tak dramatyczną. Dlatego, że kiczem byłoby pokazać wszystko dosłownie na ekranie? A być może dlatego, że wiele się zmieniło w naszym myśleniu o uchodźcach od 2003, gdy „Problemski hotel” po raz pierwszy ukazał się w Belgii. Po trzynastu latach dyskutowano już o „ludzkiej dżungli” w zupełnie inny sposób. A może wcale nie? I czy Dmitri Verhulst widzi już swój temat inaczej? O tym porozmawiam z pisarzem już 8 października i wspólnie obejrzymy razem film. Zapraszam gorąco.
Adriana Problemus

Wizytę Dimitriego Verhulsta w Polsce wspierają: