Swoją drogą

"Swoją drogą"


Swoją drogą (2011)

Ewa Oleszczuk, „Zero”
Sylwia Siedlecka, „Allegro”
Marcin Królik, „Przepustka”
Justyna Pobiedzińska, „Never stop exploring”
Jacek Świłło, „Przypadek sędziego Kellera”
Jakub Tabaczek, „Szuflada”
Małgorzata Rejmer, „Bukareszt. Kurz i krew”
Grzegorz Czekański, „Bara-bara”
Iza Klementowska, „Goście”
Miłosz Bagiński, „Wiola”
Barbara Piórkowska, „Koronka”
Aleksander Wenglasz, „Matematycy w basenie”
Małgorzata Chaładus, „Dziewczyna z naprzeciwka”
Marta Szarejko, „Grymas”

Przedstawia Marta Mizuro:

Ewa Oleszczuk. To, co wyrabia z językiem, sprawia, że chce się jej opowiadania czytać wielokrotnie, za każdym razem po to, aby śledzić co innego. Osobno fabułę i osobno tę niezwykłą lingwistyczną ekwilibrystykę. Potrafi zaskoczyć w każdym zdaniu, rozbić każde oczywiste skojarzenie i wprowadzić własne, ciekawsze. Ale to nie oznacza, że ona sama traci z oczu historię. Proza Ewy jest najlepszym dowodem na to, że mylą się ci, którzy podkreślają językową wyższość poezji nad prozą, a to z powodu jej lepszego „słuchu” i szybszego wyczuwania pulsu rzeczywistości. Autorka Zera chwyta go z miejsca, nie trzymając się przy tym za własny nadgarstek.

Sylwia Siedlecka. Jedna z niewielu młodych pisarek, której w ubiegłym roku udało się zadebiutować tomem opowiadań, w jednym z najbardziej liczących się wydawnictw – W.A.B. Jej Szczeniaki spotkały się z niezwykle ciepłym przyjęciem, a w recenzjach podkreślano to, że autorka wspaniale nawiązuje do polskiej tradycji surrealistycznej. Osobność, mroczność, a zarazem ogromne wyczulenie na ludzkie dramaty, idące w parze z czymś, co nazwałabym humanizmem w czystej postaci – zachwyciły mnie od pierwszego czytania. Choć Sylwia zapowiada swój debiut powieściowy, nie obawiam się tego, że zdradzi krótką formę: w tym roku ukażą się jeszcze dwie inne antologie z jej udziałem. a opowiadanie Allegro, napisane specjalnie do tego zbioru, świadczy o tym, że nie przestaje badać możliwości gatunku i swojego wielooktawowego głosu.

Marcin Królik. Kiedy myślę o Marcinie, przychodzi mi do głowy określenie „staromodna wrażliwość”. Taka stojąca po stronie dobroci, ciepła, radości życia, miłości i światła. Eksperymentatorstwo Marcina polega na tym, że próbuje on skonfrontować te staroświeckie wartości, czy, jak to określił w tytule swojego wiersza Stanisław Barańczak, „drobnomieszczańskie cnoty”, z etyczną atrofią, którą cechuje się współczesność. Jego poczciwość mogłaby się wydać naiwna, ale równoważy ją wielkim poczuciem humoru. Nie szaleje, woli klasycznie poprowadzoną narrację, co wcale nie oznacza, że jest takim grzecznym chłopcem.

Justyna Pobiedzińska. Tematy do swoich opowiadań czerpie w dużej mierze z życia, które eksploruje jako reporterka. Z reportażu żyje, dzięki prozie zaś odpoczywa, mądrze zachowując proporcje pomiędzy pracą i relaksem. Każdą z uprawianych form dopieszcza w każdym calu, co, jak się wydaje, nie wymaga od niej wielkiego wysiłku. Czy rzeczywiście nie? Tego nie wiem, ale pisze tak naturalnie i lekko, że budzi to moją żywą zawiść. Być może nie tylko ja ją odczuwam i być może skomasowana niechęć wielu osób do prawdziwego talentu działa jak szlaban, zamknięty, by sprawiedliwości stało się zadość. Justyna długo zabiegała o wydanie swojej książki, ale wreszcie się udało, premiera niebawem. Nie mogę się już doczekać.

Jacek Świłło. Triumfator konkursu na opowiadanie w roku 2010. Gdzieś publikował, ale, jak donoszą zaprzyjaźnione jaskółki, trochę zwątpił w sens dobijania się do pism i wydawców. Na szczęście jednak uległ pokusie udziału w konkursie i to właśnie „Przypadek sędziego Kellera” zapewnił mu nagrodę główną, zadziwiając nas oryginalnym połączeniem fantastyki i filozofii, z przewagą tej drugiej, a zarazem ujmując literacką klasą i świadomością formy. Wydaje mi się, że takiego melanżu brakuje w polskiej literaturze, a jeśli nawet się pojawia, daleko mu od poziomu, którym cechuje się pisarstwo Jacka. W lepszym świecie, świecie, gdzie czytanie i myślenie uznawane jest niezbędne do życia, wydawcy wyrywaliby go sobie z rąk.

Jakub Tabaczek. Kuba podchodzi do pisania tak metodycznie jak do zdobywania wykształcenia. Pracowity niesłychanie, wciąż poszukujący i otwarty na doskonalenie swojego talentu. Jak to ujął Lew Tołstoj: „Geniusz to talent plus praca”. Do czego dodałabym jeszcze cenną umiejętność obstawania przy swoich intuicjach, której Kubie także nie brakuje. Ale mojej pamięci najmocniej trzymają się wyczarowane przez niego obrazy. A już „Szuflada” tymi obrazami wręcz prześladuje. Przez niego jeszcze bardziej zaczęłam bać się roweru i z daleka omijam płyty kompaktowe (za to częściej odwiedzam dentystę). Na pozór wszystko to z życia wzięte, na pozór banalne, lecz tak doprawione szczyptą chorej wyobraźni, że w smaku niepowtarzalne.

Małgorzata Rejmer. Autorka bez wątpienia najgłośniejszego debiutu prozatorskiego ubiegłego roku, czyli powieści Toksymia, która to powieść sama w sobie jest wystarczającym uzasadnieniem jej obecność w tej antologii. Ale mogę wskazać lepsze uzasadnienie: Gosia zaczynała od reportaży i opowiadań, a dzięki tym drugim trafiła na Międzynarodowy Festiwal Opowiadania. Choć więc pochodzi z Warszawy, to jej wielki talent znalazł potwierdzenie właśnie we Wrocławiu. Niespokojna indywidualistka, dla której jedyną konkurentką jest ona sama. Pozostaje sobą, choć się wciąż przemieszcza i zmienia, dlatego opisując jej drogę twórczą należałoby się odwołać do pojęć stosowanych w fizyce kwantowej. Ale efekt tych tajemniczych wewnętrznych przemian widać doskonale – czegokolwiek dotknie, to już jest jej.

Grzegorz Czekański. Znakiem firmowym Grzegorza jako krytyka jest wyrazistość. Pisze tak charakterystycznie, że ci, którzy przeczytali dwa jego teksty, trzeci rozpoznają po dwóch linijkach. To pisanie przesiąknięte kolokwializmami, stanowiącymi kamień obrazy dla akademików. Przynajmniej tych, którzy prześlizgują się po powierzchni jego tekstów, nie wnikających w ich piekielną wręcz przenikliwość i dyscyplinę, jak najbardziej zachowywaną pomimo gawędziarskiego tonu. W prozie folguje sobie taka samo, ale pisze jej niewiele, bo jest człowiekiem szalenie zajętym. Trzeba go zmuszać, trzeba go pilnować, a nawet się przy tym wykosztować ( z księgarni, gdzie urzęduje, trudno wyjść z pustymi rękoma), lecz jak się już uda, to satysfakcja gwarantowana.

Iza Klementowska. Kolejna w tym gronie zawodowa reporterka. Iście szalejąca, bo specjalizująca się w opisie obyczajów, szczególnie seksualnych, ale bez przesady. Dość często, zapewne w ramach odpoczynku od kontrowersyjnych tematów, skręca w stronę literatury, czy to przeprowadzając wnikliwe wywiady z pisarzami, czy to przekładając swoje obserwacje na prozę, jak na rasową reporterkę przystało – realistyczną, oszczędną w wyrazie i konstrukcyjnie bardzo zdyscyplinowaną. Historię przedstawioną w „Gościach” najpierw mi opowiedziała , a ja poprosiłam, żeby ją spisała, ku uciesze także innych. Co z tej historii jest prawdą, a co zmyśleniem, wie tylko sama Iza.

Miłosz Bagiński. Pewnego dnia przyszła do mnie pocztą Rdzawa melodia. Zajrzałam nawykowo, nie spodziewając się cudów po piętnastoletnim autorze – i oniemiałam jak jurorzy „Mam Talent” po występie Klaudii Kulawik. Nie chcę jednak podkreślać, że to takie dobre „jak na ten wiek”, bo dojrzałości, dyscypliny językowej oraz nasyconego ironią poczucia humoru mógłby mu pozazdrościć niejeden dorosły autor. A już najbardziej szalonego pomysłu, żeby śmierć wyobrazić sobie jako nastoletniego kumpla. Takiego Piotrusia Pana, który w tej opowieści nazywa się Ponury Kosiarz. Żałuję, że mogę podzielić się tylko cząstką tego, co miałam przyjemność poznać – jedną z opowiastek tworzących spójną całość – ale donoszę, że gotowa już książka czeka na odkrycie.

Barbara Piórkowska. Zaczynała od poezji, której cały czas pozostaje wierna, by dopiero w ubiegłym roku popróbować swoich sił w prozie, z kapitalnym skutkiem. Jej powieść Szklanka na pająki to historia nieletniej artystki, w uprawianej na użytek własny sztuce znajdującej odskocznię od PRL-owskiego koszmaru. Oprócz czystej liryki i subtelnego humoru, odnalazłam w książce Basi antidotum na coraz bardziej nużące kroniki z Gdańska i okolic, na mielenie w kółko tych samych kluczowych wydarzeń w tej samej poetyce. Jak to się dzieje, że panowie znad morza radzą sobie tak dobrze, a niezwykła pani nie może się przebić przez ich szum? Dlatego, że jest tak osobna? Co tu dużo gadać: sami Państwo zobaczcie jej koronkową robotę i przekonajcie się, jak wspaniale wplotła w nią historię przez duże H.

Aleksander Wenglasz. Wziął się „znikąd”, tj. z politologii i objawił w konkursie organizowanym w ramach IV MFO, ścierając w pył konkurentów. Nie wiadomo, dlaczego tak długo się ukrywał, ale jak już dał się odkryć, ostro zabrał się do roboty. Jego mocno zrytmizowane fabuły komponowane są jak muzyczne partytury, bo też i z muzyki czerpie najwięcej inspiracji. Trudno go jednak nazwać literackim dj-em, gdyż nie bazuje na starych kawałkach, tylko tworzy własne, jakże oryginalnie brzmiące. Twórczość Alka to kolejny dowód na to, że poezja nie ma monopolu na dotrzymywanie kroku współczesnemu językowi i XXI-wiecznej mentalności. Bardzo „dzisiejszy”, a nawet „jutrzejszy”

Małgorzata Chaładus. Dzięki niej konkurs ogłoszony w ramach V MFO również międzynarodowego wymiaru, bo pani Małgorzata od lat miesza w Szwecji i to właśnie tam zaczęła pisać. Choć emigracja nijak nie odbiła się na jej polszczyźnie, to w jej opowiadaniach widać pewien „efekt obcości”, jakby przeniknął do nich typowy dla chłodny Północy klimat. Nie odzwierciedla się on w klasycznej formie, ale raczej w zachowaniach bohaterów-tubylców, w ich emocjonalnej powściągliwości zderzanej często ze słowiańskim temperamentem przybyszów. Już nie intruzów, nie obywateli gorszej kategorii, lecz ludzi wychowanych w innej kulturze, którzy muszą się odnaleźć w odmiennych realiach, nie ekonomicznych, co do niedawna eksponowano w literaturze emigracyjnej, lecz przede wszystkim społeczno-obyczajowych. Mam wrażenie, że wszyscy czekamy na moment stopienia się z lepszą Europą, a tymczasem już stał się faktem. Na pewno w tej prozie.

Marta Szarejko. Jej debiutancka książka Nie ma o czym mówić utwierdziła mnie w przekonaniu, że określanie polskiego reportażu mianem „reportaż literacki” nie jest nadużyciem. Temat, któremu Marta poświęciła swój zbiór miniatur, z literackością nijak się mi się nie kojarzył – to wysłuchany i oddany prawie in extenso zapis życia mieszkańców ulicy i schronisk dla bezdomnych – ale dzięki niej już tak. Oszczędna i zdystansowana, lecz nie chłodna. Czytając Grymas wyobrażałam sobie, że ktoś inny mógłby opisaną w nim historię rozdąć do kilkuset stron. Po co? Marta pięknie udowadnia, że minimum słów wystarcza dla przekazania maksimum treści.